kliknij aby wrócic
Wielu z was boi się kobiet. Wiem, że niektórzy nigdy się do tego nie przyznają, ale nie zmienia to faktu, że się boicie. Chyba, że sami jesteście kobietami, a wówczas przypuszczalnie boicie się mężczyzn. Wszyscy znamy to uczucie, bo wszyscy się kogoś boimy. Kogo się bardziej boisz, Boga czy ludzi?

Tak naprawdę nie chodzi tu o to, kogo się boimy, lecz kogo najbardziej chcielibyśmy zadowolić. Jeśli za cel stawiasz sobie zabiegać o względy ludzi, w końcu cię to zniszczy.

Był sobie taki facet, który bał się kobiety. Na imię miał Herod. Jego żoną była Herodiada. To było jej prawdziwe imię, nie przezwisko. Herod bał się jej.

Inny gość o imieniu Jan powiedział mu: "Nie powinieneś odbierać żony swojemu bratu i poślubiać jej". Herodiada nie była zadowolona z faktu, że Jan powiedział takie słowa jej mężowi. Zapragnęła go zabić. Ku jej jeszcze większej złości Jan rozpowiadał wszędzie, że Herod postępuje źle.

Musimy postarać się zrozumieć Heroda, który znalazł się w trudnej sytuacji. Herodiada była naprawdę piękna i nie chciał jej stracić. Toczyła się w nim walka.

Ewangelia wg św. Mateusza 14,1-12

W owym czasie doszła do uszu tetrarchy Heroda wieść o Jezusie. I rzekł do swych dworzan: "To Jan Chrzciciel. On powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze w nim działają".

Herod bowiem kazał pochwycić Jana i związanego wrzucić do więzienia. Powodem była Herodiada, żona brata jego, Filipa. Jan bowiem upominał go: "Nie wolno ci jej trzymać". Chętnie też byłby go zgładził, bał się jednak ludu, ponieważ miano go za proroka.

Otóż, kiedy obchodzono urodziny Heroda, tańczyła wobec gości córka Herodiady i spodobała się Herodowi. Zatem pod przysięgą obiecał dać jej wszystko, o cokolwiek poprosi. A ona przedtem już podmówiona przez swoją matkę: "Daj mi - rzekła - tu na misie głowę Jana Chrzciciela!" Zasmucił się król. Lecz przez wzgląd na przysięgę i na współbiesiadników kazał jej dać. Posłał więc [kata] i kazał ściąć Jana w więzieniu. Przyniesiono głowę jego na misie i dano dziewczęciu, a ono zaniosło ją swej matce. Uczniowie zaś Jana przyszli, zabrali jego ciało i pogrzebali je: potem poszli i donieśli o tym Jezusowi.

Herod chciał słuchać Jana, ale pragnął również aprobaty ze strony Herodiady, bo naprawdę go pociągała. Bał się Jana, bo zdawał sobie sprawę, że płyną przez niego słowa samego Boga. Wiedział, że jego żona pragnie śmierci Jana. Herod postanowił więc ocalić Jana przez wtrącenie go do więzienia. To było tak, jak gdyby Jan był objęty programem ochrony świadków, choć za miast mieszkać w pięciogwiazdkowym hotelu siedział w lochu.

Gdy boimy się ludzi, pozwalamy na drobne kompromisy w naszym życiu. Nie chodzi o to, że odrzucamy Boga. Nie chodzi o to, że przestajemy wierzyć. Idziemy na drobne kompromisy, bo bardzo liczymy się z tym, co inni sobie o nas pomyślą.

Herod lubił słuchać słów Jana. Kazał przyprowadzać go z lochu i lubił rozmawiać z nim o Bogu. Nigdy jednak w pełni nie rozumiał słów Jana. Wprowadzały w nim zamęt.

Oto kolejna rzecz, która zdarza się nam, gdy zaczynamy iść na kompromisy. Lubimy słuchać Słowa Bożego, ale nie wprowadzamy go w czyn. Wydaje nam się, że ważne jest nasze słuchanie, a nie czyny. Pismo Święte mówi o tym w Liście Św. Jakuba Apostoła 1:23:
"Jeżeli bowiem ktoś przysłuchuje się tylko słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do człowieka oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był".

Herod myślał zapewne, że postępuje dobrze, bo słucha słów Jana. Oszukiwał się myśląc, że to daje mu pewne bezpieczeństwo. Podobnie jest, gdy ktoś idzie do kościoła, słyszy świetne kazanie i myśli sobie, że już przez samo jego wysłuchanie stał się lepszy i nic dalej nie robi. Ale naszedł czas, kiedy Herod miał ponieść konsekwencje tego, że nie wprowadzał w czyn słów prawdy.

Na ucztę z okazji urodzin Herod zaprosił wszystkich swych przyjaciół i wielu wpływowych ludzi. Córka Herodiady zaczęła tańczyć, co zachwyciło Heroda i jego gości. Nie tylko Herodiada była piękna, jej córka również. Odtańczyła ten szczególny, erotyczny taniec, który bardzo spodobał się królowi. Powiedział więc do dziewczyny: "Poproś mnie, o co tylko zechcesz, a dam ci to, choćby nawet połowę mego majątku". Spodziewał się, że słowa te zrobią wrażenie na jego przyjaciołach.

Dziewczyna poszła do swojej matki i zapytała: "O co mam poprosić"? Herodiada odrzekła szybko: "Chcę, żebyś poprosiła o głowę Jana na misie". Dziewczyna pobiegła więc do króla i powiedziała przy wszystkich gościach: "Chcę, panie, żebyś dał mi zaraz głowę Jana Chrzciciela na misie"..

Ważne, żeby w tym miejscu pamiętać, że poprzez Jana Bóg porozumiewał się z Herodem. To właśnie za jego pośrednictwem Bóg dał Herodowi okazję do skruchy za popełnione grzechy. Relacja Heroda z Bogiem istniała za pośrednictwem Jana. Teraz jednak Herod stanął przed trudnym wyborem. Kogo miał zadowolić? Przez cały czas ulegał pragnieniu przypodobania się ludziom. Przede wszystkim chciał przypodobać się swej żonie, a poza tym również wszystkim wpływowym gościom. Herod bardzo się zmartwił, bo przecież obiecał w obecności tych ludzi, że da dziewczynie wszystko, czego zapragnie.

Herod przekroczył pewien próg i czuł, że teraz już nie może odmówić córce Herodiady. Upokorzyłoby go to w oczach wszystkich jego gości. Wysłał więc zaraz kata z rozkazem, aby przyniósł głowę Jana. Ponieważ Herod bardziej dbał o aprobatę ze strony ludzi niż ze strony Boga, stracił szansę na wejście w relację z Bogiem.

A my, o czyją aprobatę zabiegamy w naszym życiu? Chcemy żyć dla Jezusa czy dla ludzi? Choć mówimy, że idziemy za Jezusem, tak naprawdę często żyjemy wyłącznie dla aprobaty ze strony ludzi. Jak Herod, w rzeczywistości wcale nie mamy w sobie wiary, choć przekonujemy siebie samych, że tak nie jest.

Będąc kiedyś w Stanach poznałem faceta o imieniu Ben. Był narkomanem uzależnionym od heroiny i człowiekiem bardzo nieszczęśliwym. Poszedł kiedyś do kościoła w Minneapolis i zobaczył, że jest tam coś, czego on nie ma. Zobaczył, że ludzie mają poczucie spełnienia i pokoju. Ben bardzo pragnął pokoju w swoim życiu. Został członkiem grupy modlitewnej, zaczął się modlić i brać udział w jej zajęciach. W rezultacie w jego życiu było teraz więcej pokoju niż kiedykolwiek przedtem.

Ben nie oddał jednak swego serca Jezusowi, lecz grupie. Wiedział, że Bóg jest w grupie i doświadczył tego, lecz nie zawierzył Jezusowi swej osoby.

Wkrótce jego znajomi zaczęli mówić mu: "Facet, co się z tobą stało? Jesteś taki głupi i zacofany. Co ci zaszkodzi, jak sobie trochę wypijesz? Zapalisz trawkę? Co się takiego stanie?" Ben zaczął powoli ulegać im w drobnych kwestiach. Ponieważ trwał w relacji z grupą, a nie z Jezusem, wkrótce znalazł się w sytuacji jeszcze gorszej niż przedtem. Żona od niego odeszła i został zupełnie sam. To właśnie zdarza się, gdy zamiast oddać swe serce Jezusowi, oddajemy je grupie. Musimy podążać za Jezusem, a nie za grupą. Historia Bena ogromnie różni się od historii Jana Chrzciciela. Dla Jana najważniejszy był Bóg. Gotów był zaryzykować wszystko. Bywało, że Jan cieszył się sympatią ludzi. Najróżniejsi chodzili słuchać jego słów. Przychodzili nawet na pustynię, aby go posłuchać. Chcieli, aby ich ochrzcił. Jednak Jan bardziej kochał Boga niż ich akceptację.

To ważne, bo potem nastał czas, gdy ludzie przestali popierać Jana i przychodzić do niego. Znalazł się w więzieniu. Jan miał teraz przed sobą wybór. Dla kogo chciał żyć? Dbał bardziej o to, co pomyślą ludzie, czy o to, co pomyśli Bóg? Wiedział, że stawką jest jego życie, a mimo to nie przestał mówić tak, jak nakazał mu Bóg. Oddał swoje życie za to, co Bóg kazał mu mówić.

O to właśnie prosi nas Jezus. Pragnie, abyśmy tak bardzo przejęli się Nim, że będziemy Mu posłuszni niezależnie od tego, czy sprawy idą dobrze czy źle.

Niektórzy ludzie uzależniają istotę swojej relacji z Bogiem od poczucia, że są lubiani. Jednak są to bardziej emocje niż prawdziwa relacja. Bóg chce nas od tego uwolnić. Chce, żebyśmy zostali Jego przyjaciółmi. Każdemu z nas przeznaczył duchowe dziedzictwo. Pragnie posłać nas w świat, abyśmy opowiadali o Nim innym ludziom.

Wszystko sprowadza się więc do pytania: "Dla kogo chcesz przeżyć swoje życie?" jeśli dla Jezusa, wtedy nawet gdy stracisz poparcie ludzi i znajdziesz się w więzieniu, nie utracisz wiary. Będziesz wiedział, że żyjesz dla Boga. Lecz jeśli żyjesz dla ludzkiej akceptacji, w rezultacie zmarnujesz swoje życie na rzeczy bez znaczenia.

 

kliknij aby wrócic