kliknij aby wrócic

Pewnego razu koncertowaliśmy na jednym z mostów w Amsterdamie. Graliśmy nasze utwory i zapraszaliśmy ludzi na nasze spotkania biblijne, które odbywały się na starej barce za Dworcem Centralnym. Gdy zbliżaliśmy się już do końca ostatniego utworu, nadeszła grupa punków-satanistów. Jeden z nich wziął butelkę i rozbił ją na naszej perkusji, kalecząc sobie przy tym rękę. Drugi podszedł i napluł mi w twarz. Wszyscy krzyczeli głośno, a znaczny tłum gapiów zebrał i obserwował, co się będzie działo.

"Ilu z was wierzy, że Szatan jest w Amsterdamie?" - krzyknąłem.

"Tak, Szatan jest w Amsterdamie" - odkrzyknęli mi sataniści.

"Ilu z was kocha Szatana?"

"Tak, kochamy Szatana".

"A ja mam dla was inną wiadomość. Bóg także jest w Amsterdamie. On nie tylko mówił, że nas kocha, On to udowodnił. I nie przyjechał do Amsterdamu mercedesem, nie mieszkał w pałacu. Przybył tu, aby karmić głodnych i uzdrawiać chorych. My jednak uznaliśmy, że Jezus nie pasuje do naszego systemu, więc go zabiliśmy. Myśleliśmy sobie "Świetnie, teraz już nie będziemy musieli więcej zajmować się Jezusem".

Gdy mówiłem, w atmosferze dało się wyczuć wyraźne napięcie .

"Ale dobra nowina dla mnie i dla Amsterdamu jest taka, że Jezus nie pozostał martwy, lecz zmartwychwstał!"

Wiedzcie, że mówiąc te słowa czułem bardziej niż kiedykolwiek indziej, że napełnia mnie ogromna moc Boga. Mogłem niemalże wyczuć ją w moich słowach. Jeśli kiedykolwiek zdarzyło mi się nauczać z mocą Bożą, było to właśnie na owym moście. Powiem wam, jakie były tego owoce. Niektórzy z grupy punków-satanistów wyjęli noże i zaczęli przecinać opony naszej furgonetki, rozbijać reflektory i wyrywać wycieraczki. Próbowali też wepchnąć niektórych z nas do kanału i zniszczyć nam sprzęt.

Zacząłem upychać nasze rzeczy w furgonetce. Jakiś policjant podszedł do mnie i powiedział: "Niech pan odjeżdża!"

DZIEJE APOSTOLSKIE 6,8-15

Szczepan pełen łaski i mocy działał cuda i znaki wielkie wśród ludu. Niektórzy zaś z synagogi, zwanej [synagogą] Libertynów i Cyrenejczyków, i Aleksandryjczyków, i tych, którzy pochodzili z Cylicji i z Azji, wystąpili do rozprawy ze Szczepanem. Nie mogli jednak sprostać mądrości i Duchowi, z którego [natchnienia] przemawiał.
Podstawili więc ludzi, którzy zeznali: "Słyszeliśmy, jak on mówił bluźnierstwa przeciwko Mojżeszowi i Bogu".
W ten sposób podburzyli lud, starszych i uczonych w Piśmie. Przybiegli, porwali go i zaprowadzili przed Sanhedryn. Tam postawili fałszywych świadków, którzy zeznali: "Ten człowiek nie przestaje mówić przeciwko temu świętemu miejscu i przeciwko Prawu. Bo słyszeliśmy, jak mówił, że Jezus Nazarejczyk zburzy to miejsce i pozmienia zwyczaje, które nam Mojżesz przekazał". A wszyscy, którzy zasiadali w Sanhedrynie, przyglądali się mu uważnie i zobaczyli twarz jego, podobną do oblicza anioła.

DZIEJE APOSTOLSKIE 7,54-60

Gdy to usłyszeli, zawrzały gniewem ich serca i zgrzytali zębami na niego. A on pełen Ducha Świętego patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga. I rzekł: "Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga".
A oni podnieśli wielki krzyk, zatkali sobie uszy i rzucili się na niego wszyscy razem. Wyrzucili go poza miasto i kamienowali, a świadkowie złożyli swe szaty u stóp młodzieńca, zwanego Szawłem.
Tak kamienowali Szczepana, który modlił się: "Panie Jezu, przyjmij ducha mego!" A gdy osunął się na kolana, zawołał głośno: "Panie, nie poczytaj im tego grzechu!" Po tych słowach skonał.

"Jak mam odjechać, skoro trzy opony mam przebite?" - zapytałem.

"Nieważne, niech pan jedzie!" - odpowiedział. Bał się. Jeżeli policja się boi, wiesz już, że masz kłopoty.

Tak więc wsiadłem do furgonetki, reszta zespołu gdzieś uciekła, twarz miałem oplutą, trzy opony przebite i porozbijany sprzęt. Odjechałem z prędkością pięć kilometrów na godzinę, a wszyscy się ze mnie śmiali.

Pomyślałem sobie: "Czy Ty naprawdę jesteś silniejszy, Boże? W tej chwili myślę, że wcale nie jesteś taki potężny. Jakoś nie wydaje mi się wcale, żebyś był zwycięskim Królem".

Gotowość do służby Bogu ma też swoją drugą stronę. Dobrze ilustruje to moim zdaniem historia Szczepana z Dziejów Apostolskich. Szczepan był człowiekiem pełnym Bożej łaski i mocy. Czynił cuda i wielkie znaki wśród ludu.

Czy wyobrażacie sobie rzeczy, które robił Szczepan? Zapewne chodził otoczony mocą Ducha Świętego. Pismo Święte mówi, że gdy przemawiał, nikt nie mógł się z nim sprzeczać, bo mówił z wielką mocą. Wspomina też, że jego twarz wyglądała czasem jak twarz anioła.

Szczepan działał dzięki obecności i mocy Ducha Świętego. Lecz jakie były tego owoce? Po jego przemówieniu przywódcy duchowi zapałali gniewem i zgrzytali zębami. Szczepan, napełniony mocą Ducha Świętego, spojrzał w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa stojącego po prawicy Boga. "Zobaczcie" - powiedział - "Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga". A oni zakryli sobie uszy, zaczęli krzyczeć i ukamienowali go. Szczepan przemawiał z tak wielką mocą Ducha Świętego, że aż musieli zakryć sobie uszy i krzyczeć. To świadczy, że mówił z wielkim namaszczeniem Bożym. Za swą gotowość do służby Bogu zapłacił jednak cenę najwyższą, bo został ukamienowany.

Nastały czasy pewnej "natychmiastowości". Jeżeli coś nie przychodzi mi łatwo, już tego nie chcę. Jeśli sprawy się komplikują, to pewnie nie taka była dla mnie wola Boża. Właściwie wolę Bożą rozpoznaję tylko po tym, że wszystko mi się udaje, wszystko idzie mi gładko i każde drzwi stoją przede mną otworem. W taki właśnie sposób prowadzi mnie Bóg, otwierając mi wszystkie drzwi, czyż nie?

Problem jednak leży w tym, że nie tylko Bóg otwiera nam drzwi - Szatan także to potrafi. Być może Bóg chce, abyśmy wyłamali jakieś drzwi?

Tłumy ludzi nie wywierały na Jezusie żadnego wrażenia. Na mnie wręcz przeciwnie. Jeśli widzę przed sobą tłumy, czuję, że odnoszę sukces. Ale Jezus nie był pod ich wrażeniem. Na przykład w rozdziale 14 Ewangelii Św. Łukasza jest mowa o tym, że za Jezusem podążał ogromy tłum. Jezus pomyślał sobie: "Oni zapewne nic nie pojmują. Gdyby ci ludzie rozumieli, co oznacza podążać za mną, nie byłoby ich tu tak wielu". W wierszu 26 powiedział więc do nich: "Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem".

Oczywiście Jezusowi nie chodziło o to, że nie powinniśmy kochać naszych rodziców albo naszych dzieci. Miał na myśli to, że powinien być w naszym życiu bezwzględnie najważniejszy. Powiedział też, że powinniśmy wziąć swój krzyż i naśladować Go.

Ale jak mamy zrozumieć, co oznacza naśladować Jezusa, skoro krzyż stał się dla nas tylko pięknym symbolem religijnym, noszonym na szyi? Kiedyś krzyż nie był pięknym symbolem religijnym, lecz narzędziem męki, szyderstwa i głupoty. Jezus mówi, że taki właśnie krzyż powinniśmy wziąć, nie zaś piękny symbol religijny.

To pociąga za sobą pewne koszty. Chcesz dokonać w życiu niezwykłych rzeczy? Jeśli tak, musisz dokonać niezwykłych rzeczy. To aż takie proste. Takie rzeczy nie dokonają się poprzez mówienie o nich. Jeżeli chcemy zdobywać świat dla Jezusa, będzie się to wiązać z pewnymi kosztami. Nie przyjdzie to łatwo tylko dlatego, że mamy jakiś doskonały program czy system działania. Jezus powiedział, że nie należy rozpoczynać budowy wieży jeśli się nie rozważy, ile to będzie kosztować. Bo jeśli rozpoczniesz budowę i nie będziesz miał dość pieniędzy na jej zakończenie, ludzie będą kpić z ciebie i mówić: "Zobacz, zacząłeś budować coś, czego nie możesz skończyć". (Ewangelia Św. Łukasza 14:28-30).

Wydaje mi się, że świat się z nas śmieje, bo wszędzie jest pełno niedokończonych wież. Ludzie śmieją się z nas, bo nie byliśmy gotowi ponieść kosztów ich wykończenia.

Gdy zacząłem prowadzić ewangelizację w Amsterdamie, odkryłem, że Bóg chce założyć tam kościół, aby wpłynąć na ludzi z centrum Amsterdamu. Czułem, że powinien to być kościół dla dwudziestoletnich Holendrów. Z początku było ciężko, bo nikt nie rozumiał tego, co robiliśmy. Staliśmy się dla wszystkich obiektem kpin i żartów, a kpili z nas właśnie chrześcijanie.

Gdy zakładaliśmy nasz zespół, nazwaliśmy go NO LONGER MUSIC, bo wszyscy mówili, że gramy tak okropnie, że to już nie jest muzyka ("No Longer Music" (ang.) - "już nie muzyka" (przyp. tłum.).

Nie mieliśmy sprzętu oprócz jednego talerza perkusyjnego, pękniętego na dodatek. Przywiązaliśmy go na linie do sufitu, bo nie mieliśmy nawet stojaka. Gdy perkusista w niego uderzał, talerz kołysał się tam i z powrotem. Nasz basista miał "znalezioną" gitarę i ciągle gubił swoje piórko. Wszystko to było dość żenujące.

Pamiętam, że moja żona zapytała mnie, czy Bóg na pewno chce, żebym to robił. Ktoś inny spytał mnie wtedy, czy specjalnie ćwiczę się w fałszowaniu.

Chodziliśmy do pubów, żeby zrozumieć ludzi, do których chcieliśmy dotrzeć. I wtedy nagle się rozchorowałem. Dopiero co założyliśmy niewielką grupkę biblijną, a niedługo potem leżałem w szpitalu z rurkami podłączonymi do nosa. Grupka, którą przez dwa lata rozkręcaliśmy z tak wielkim trudem, przestała działać. Prawie wszyscy ludzie z mego grona odeszli, w tym także człowiek, który był moją prawą ręką. A ja leżałem w szpitalu nie wiedząc, czy przeżyję.

W pewnej chwili pomyślałem, że być może Bóg chce mnie w ten sposób sprawdzić. Poczułem, jak gdyby pytał mnie: "Czy jesteś gotów zapłacić cenę za swój cel? Czy robisz to wszystko na poważnie? Czy naprawdę chcesz nieść mój krzyż? Czy jesteś gotów zapłacić cenę za to, żeby ujrzeć moją moc?

"Panie, nie poddam się. Nie obchodzi mnie, czy wszyscy mnie opuszczą. Nie dbam o to, co się stanie, lecz jeśli pozwolisz mi wyjść ze szpitala, nie poddam się. Nie zrezygnuję z celu, który przede mną postawiłeś" - powiedziałem wtedy.

Niedługo potem powróciłem do zdrowia, a w naszej działalności ewangelizacyjnej nastąpił przełom. Ale nie skończyłem jeszcze opowiadania o punkach. Około dwa tygodnie po incydencie nad kanałem piętnastu z nich przyszło na spotkanie naszej grupy biblijnej. Nie przyszli ze skruchy, lecz aby zniszczyć nasze miejsce spotkań. Przynieśli ze sobą różne rodzaje broni i zamierzali zdemolować naszą łódź. Naprawdę się baliśmy, ale pomodliliśmy się słowami: "Panie, będziemy ci posłuszni". I zagraliśmy. Potem zacząłem przemawiać i znów poczułem moc Ducha Świętego.

PIERWSZY LIST DO KORYNTIAN 2,1-5

Tak też i ja przyszedłszy do was, bracia, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże, postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej.

Tym razem mówiłem o niewiernym Tomaszu. "Tomasz powiedział: Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę śladów gwoździ na twych dłoniach i rany na twym boku" - powiedziałem do punków - "Jezus jest z nami tu i teraz. Może was dotknąć, jeśli tylko będziecie chcieli Go dostrzec".

Mówiłem z mocą Ducha Świętego, podobnie jak wtedy na moście. Wiedziałem, że moc ta nie wypływa ze mnie samego, i tym razem reakcja była całkiem inna. Ludzie z grupy punków dosłownie nie byli w stanie się poruszyć i stali nieruchomo w miejscu. Pamiętam, że podszedłem do jednego z nich, a on trząsł się jak galareta, bo czuł obecność Ducha Świętego.

Taka moc przychodzi wtedy, gdy jesteś gotów wziąć na siebie krzyż. W I Liście do Koryntian 2:5 św. Paweł pisał, że gdy przybył do nich, postanowił "nie znać niczego więcej jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego" Mowa jego i nauki "nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy", aby wiara ich "opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej".

Trzeba, żebyśmy ujrzeli Bożą moc. Ludzie mają już dość słuchania nauk religijnych. Potrzebują zobaczyć moc Bożą. Nie robi na mnie wrażenia odnowa wewnątrz kościoła. Jestem pod wrażeniem tej odnowy, która dokonuje się poza kościołem, na targowisku. Ta moc ma jednak swoją cenę, a my powinniśmy być gotowi ją zapłacić.

Bóg posługuje się ludźmi, którzy będą gotowi poświęcić dla niego wszystko, którzy odważą się na wystąpienie. Myślę, że bardzo zależy Mu na tym, aby okazać swą moc w naszym życiu, lecz to ma swoją cenę. Podążanie za Jezusem jest powołaniem prawdziwie radykalnym, ale równocześnie najlepszym. Największy zaszczyt na świecie to naśladowanie Jezusa na sto procent. Nie mogę sobie jednak wyobrazić bardziej pustego życia niż podążanie za Jezusem tylko połowicznie; lepiej już w ogóle nie być chrześcijaninem.

kliknij aby wrócic