|
Jeden z najpopularniejszych
europejskich zespołów grunge'owych zaprosił naszą grupę NO LONGER MUSIC
na wspólną trasę koncertową po Polsce. Wcześniej pomagałem ich wokaliście
odnaleźć drogę do Chrystusa i kiedyś zapytał mnie: "Czy chcielibyście
pojechać z nami w trasę i po koncertach mówić ludziom o Chrystusie?"
Gdy grasz przed publicznością,
która nie znosi chrześcijan, musisz robić wiele zwariowanych rzeczy, żeby
przyciągnąć ich uwagę. Czasami na koncertach ustawiamy na scenie ścianę,
na której widnieje zdjęcie ginących ludzi, tratowanych podczas meczu piłkarskiego
w Liverpoolu w Anglii. Na ścianę pada czerwone światło reflektora, a reszta
sceny tonie w ciemnościach. To stwarza atmosferę tajemniczości i grozy.
Nasz zespół stoi z boku sceny i gra równie niesamowitą muzykę, aby atmosfera
była jeszcze dziwniejsza.
Poprzez kłęby sztucznego
dymu wkradam się na scenę i zmierzam prosto za ścianę, w masce przeciwgazowej
i z piłą łańcuchową w ręku. Do piły przymocowany jest mój bezprzewodowy
mikrofon. Gdy zespół zaczyna utwór, ja włączam piłę i rozpędzam ją, ciągle
będąc za ścianą.
W tym momencie ludzie
w tłumie przeżywają prawdziwy odlot, bo myślą, że to najlepsza muzyka,
jaką zdarzyło im się słyszeć. Zaczynam rozpiłowywać ścianę i tłum ogarnia
jeszcze większy szał. Potem podchodzę do przodu sceny, podnoszę piłę do
góry i znowu rozpędzam ją w powietrzu, a facet z naszego zespołu, wyglądający
jak wampir (taki wygląd przychodzi mu bez najmniejszego wysiłku, co strasznie
mi się podoba, gdy o tym myślę), w czarnej pelerynie, podchodzi do mnie
i zabiera mi piłę. Zdejmuję maskę przeciwgazową i zaczyna się koncert.
Z tyłu sceny mamy
duży ekran, na którym wyświetlamy teksty naszych utworów. Śpiewam:
|
|
Publiczność myśli:
"To jest naprawdę świetne" i jest pod coraz większym wrażeniem. Wtedy
gramy utwór przeciwko używaniu broni i nasz protest przekazujemy poprzez
strzelanie do członków zespołu. Mam prawdziwy rewolwer, ale naładowany
ślepymi nabojami. Najpierw "zabijam" gitarzystę, potem perkusistę, potem
basistę, a wreszcie siebie. Wraca wampir i krępuje sznurem nogi basisty
i wiesza go głową w dół. Basista wisi tak przez cały czas, gdy gramy nasz
kolejny utwór.
Koncert trwa i zbliża
się moment, gdy odgrywamy współczesną wersję ukrzyżowania i zmartwychwstania
Jezusa. Staram się pokazać całą grozę krzyża, i dzieje się to na świeckiej
trasie koncertowej, a nie w kościołach. Chcę pokazać, że krzyż nie jest
tylko wytartym symbolem ani piękną ozdobą, którą wieszamy sobie na szyi.
Jak mamy zrozumieć, co oznaczało dla Jezusa umrzeć za nas na krzyżu, skoro
krzyż stał się dla nas tylko pięknym symbolem religijnym? Krzyż był narzędziem
upokorzenia i męki. Był odpychający, a nie piękny. Krzyż był rzeczą straszną.
Tak więc przedstawiamy
na scenie ukrzyżowanie, ale nie przy pomocy tradycyjnego krzyża. Mamy
koronę cierniową, w której są kapsułki z "krwią", więc jestem cały pokrwawiony,
aby pokazać całą przerażającą rzeczywistość krzyża. Wkładają mnie do trumny,
a ten, kto gra Szatana, śpiewa o tym, jak pokonał i uśmiercił Syna Bożego.
Potem następuje trzęsienie ziemi, a po nim zmartwychwstanie - wychodzę
z trumny.
Gdy wyszedłem z trumny
podczas pewnego koncertu w Polsce, próbowałem wytłumaczyć ludziom, co
właśnie obejrzeli. Nie podobało im się to, bo gdy wymienia się imię Jezusa
w miejscu, gdzie zazwyczaj otwarcie przemawia Szatan, następuje sprzeciw.
Ale gdy mówiłem, wiedziałem, że przez moje słowa przenika Boża moc. Była
wręcz namacalna - i czułem ją. Lecz gdy mówisz o tym, dotykasz też wielu
innych spraw.
Z przodu stała grupa
neonazistów, którzy krzyczeli z całych sił: "Wynocha, do domu!". Wszyscy
inni ludzie też krzyczeli. Wrzeszczeli tak okropnie, że musiałem przekrzykiwać
tłum w amfiteatrze przez ogromny megafon. Wyjaśniałem ludziom, co właśnie
obejrzeli, tłumaczyłem, że nie muszą już wierzyć w kłamstwa i że jest
Bóg, który się o nich troszczy.
Bóg nie jest siłą
bezosobową. Jest Ojcem, który ma złamane serce. Jest pełen uczuć. Nasze
uczucia się liczą, nasze cierpienie się liczy i ważne jest dla Niego,
co się z nami dzieje, bo Bóg jest Osobą. Potem mówiłem o murze oddzielającym
nas od Boga, który sami zbudowaliśmy, i dlatego On posłał swojego umiłowanego
Syna, by cierpiał i umarł za nas. Powiedziałem ludziom, że właśnie pokazaliśmy
im to wszystko na scenie. Lecz dobrą nowiną jest - powiedziałem im - że
Jezus powstał z martwych, i jeśli chcą Go poznać, niech przyjdą na scenę.
Nie zapominajcie,
że działo się to na podczas świeckiej trasy koncertowej, więc to, co robiliśmy,
było naprawdę niesamowite. Neonaziści wrzeszczeli, inni też krzyczeli,
a ludzie zaczęli podchodzić i dosłownie wypełnili całą scenę. Gdy to się
działo, na scenę wszedł też jakiś pijak i zaczął szydzić sobie z tych
wszystkich, którzy podeszli do przodu. Tak więc ludzie ci musieli nie
tylko torować sobie drogę przez tłum, lecz także znosić drwiny tego pijanego
faceta. Zrobiliśmy co nazywamy "wezwaniem do odejścia od ołtarza" i ktoś
pomógł mu zejść ze sceny.
Podczas tej trasy
w ten sposób odpowiedziało na nasze wezwanie ośmiuset młodych ludzi. Sto
czterdzieści osób z tego świeckiego festiwalu przyjechało potem na Obóz
Jezusa Chrystusa, na którym spędziliśmy z nimi pięć dni. Przez ten czas
mówiliśmy im, co oznacza iść za Jezusem i oddać mu wszystko. Pomagaliśmy
także zakładać grupki biblijne w całym kraju.
Żyjemy w niezwykłych
czasach i jestem przytłoczony ogromnym żniwem, jakie zbieramy. Ludzie
są bardzo otwarci. Tak jest wszędzie, gdzie pojadę. Nieważne, jaka to
grupa ludzi, bo w dzisiejszych czasach panuje ogromny głód przeżyć duchowych.
Równocześnie jednak
nastał czas fałszywych radykałów. Dla wielu ludzi w dzisiejszych czasach
być radykalnym oznacza nosić hasła na ubraniu albo słuchać określonej
muzyki. Myślę, że właśnie dziś potrzeba nam prawdziwych rewolucjonistów
i prawdziwych radykałów. Nie musimy przyłączać się do całej reszty świata
i być fałszywymi radykałami. Jeżeli kiedykolwiek byli potrzebni prawdziwi
rewolucjoniści, to właśnie dziś. A być prawdziwym rewolucjonistą to znaczy
być jak Jezus.
.
|