kliknij aby wrócic
Zobaczyłem w wiadomościach telewizyjnych coś naprawdę chorego. W Norwegii zrobiono film o fokach, które się tam zabija. Bardzo lubię foki. Gdybym mógł, chciałbym mieć jedną jako zwierzątko domowe. Nie mam zamiaru mówić tu czegokolwiek przeciwko fokom. Właściwie foka byłaby znacznie milszym zwierzątkiem domowym niż pies, zwłaszcza w dużym mieście. Byłaby to fajna odmiana. W Amsterdamie foka mogłaby mieszkać na przykład w kanałach. Nie trzeba byłoby po niej sprzątać. To byłoby niezłe.

Wracając do rzeczy, telewizja pokazała program o fokach zabijanych w Norwegii. Telefony dzwoniły jak zwariowane. Ludzie bardzo przejęli się faktem, że giną foki. Przedstawiciele telewizji stwierdzili, że nigdy dotąd nie spotkali się z tak ogromnym odzewem. "Gdy giną ludzie, nigdy nie ma tak wielkiego odzewu jak w przypadku zabijania fok" - powiedzieli - "Można mówić o zabijaniu ludzi, lecz reakcja nigdy nie będzie tak ogromna jak wówczas, gdy zabijane są zwierzęta".

Jestem pewien, że Bóg kocha te małe foczki. Jest jednak coś, co odróżnia Boga od wszystkich ludzi - mianowicie to, że BÓG KOCHA CZŁOWIEKA BARDZIEJ NIŻ JAKIEKOLWIEK INNE STWORZENIE.

Świadectwo Jona Rusha
basisty NO LONGER MUSIC

Gdy w końcu odzyskałem przytomność, uniosłem się na łóżku i na łóżkach obok mnie zobaczyłem moich dwóch kumpli. Wszyscy mieliśmy kroplówki podłączone do żył i byliśmy ubrani w szpitalne koszule, rozpięte z tyłu. W szafkach przy łóżkach znaleźliśmy swoje ciuchy i zwialiśmy przez wyjście ewakuacyjne.

Przedawkowaliśmy narkotyki o łącznej wartości 750 dolarów, które kupiłem po wyjściu z więzienia. Wróciliśmy do naszego miasta i znów zamieszkałem z moją rodziną. Co jakiś czas lądowałem w szpitalu.

Kiedyś moi rodzice znaleźli mnie i moich kumpli w naszym domu w środku nocy, gdy zaczęło nam już odbijać. Przyjechała policja i zabrała nas do szpitala, gdzie przez kilka następnych dni leżeliśmy nieprzytomni. Kiedy w końcu doszliśmy do siebie, powiedziano nam, że mieliśmy niesamowite szczęście, że przeżyliśmy, bo tempo bicia serca spadło nam do około jednej trzeciej normy - jednak wcale się tym nie przejęliśmy. >>

Nie potrafię nawet pojąć tego, jak bardzo Bóg mnie kocha. Miałem kiedyś przyjaciela, który naprawdę potrafił się zabawić. Czasami w szkole zakładał żółte narciarskie gogle tylko po to, aby zdenerwować nauczyciela. Nosił także na ubraniu plakietkę z napisem "Nie mam stanika".

Chciał się wyrwać z domu rodzinnego. Sprawę pogarszał fakt, że jego ojciec był pastorem, więc do pewnego stopnia rozumiałem, co czuje mój kumpel. Chciał pójśćw dokładnie przeciwnym kierunku.

W szkole świetnie się razem bawiliśmy. Mój kumpel stale próbował doprowadzić do tego, żeby go wyrzucono.

Pewnego razu siedzieliśmy w internacie, okropnie znudzeni, i zastanawialiśmy się, co robić.

Mój kumpel Sigmund (nie jest to jego prawdziwe imię, ale pomyślałem sobie, że skoro mam nadać mu pseudonim, może równie dobrze być jakiś niezwykły) miał przy sobie całą garść petard. Mieszkaliśmy w bardzo malutkim pokoju. "Ciekawe, co by było, gdybyśmy odpalili te je wszystkie w naszym pokoju" - powiedziałem do Sigmunda. Zamknęliśmy więc drzwi i zgasiliśmy światło. Sigmund nałożył swoje żółte gogle i zapalił petardy. Facet, który pilnował porządku w całym internacie i którego nie znosiliśmy z całej duszy, zapukał do drzwi, wszedł i powiedział: "Wiecie, że puszczanie petard w pokoju jest zabronione. Wasze nazwiska!"

Sigmund zdjął swoje żółte gogle i powiedział: "Ktoś wrzucił te petardy pod naszymi drzwiami.

"Nikt ich nie wrzucił, bo ja stałem tam cały czas" - odpowiedział.

"Myśli pan, że bylibyśmy na tyle głupi, żeby puszczać petardy w naszym pokoju?" - zapytałem.

W każdym bądź razie Sigmund zaczął wyrywać kartki z Biblii swojego ojca i robić z nich skręty, bo twierdził, że ten gatunek papieru najlepiej się do tego nadaje. Miał wiele różnych dziewczyn i wdał się w rozmaite historie. Szalone życie bawi przez pewien czas.

>> Takie właśnie życie prowadziłem przez kilka następnych lat - były w nim przestępstwa, narkotyki, bójki, sytuacje, z których cudem wychodziłem cało, pobyty w więzieniu i myśli typu "Co ja robię ze swoim życiem?"

Zacząłem się zadawać z coraz gorszymi typami. Mojego samochodu użyto kiedyś podczas morderstwa. Policja ściągnęła mnie na przesłuchanie i pokazano mi wszystkie zdjęcia z miejsca zbrodni. Na jednym z nich, zawinięta na ciele ofiary, była kuchenna ścierka w kratkę. Mordercy wytarli nią wszystkie odciski palców. Parę dni wcześniej, gdy wyprowadzałem się z domu, dostałem tę ścierkę od mojej mamy. Wtedy wymiękłem i postanowiłem na parę tygodni zmyć się z oczu wszystkim znajomym.

Od pewnego czasu grałem na gitarze i bardzo chciałem grać w zespole. Mój brat zaproponował mi, żebym zamieszkał razem z nim w innym mieście. Działał w tamtejszym środowisku muzycznym, więc zgodziłem się. Przedstawił mnie swoim znajomym, z których wielu było chrześcijanami, w tym Kenowi i Lynley Green'om, którzy rozkręcali działalność grupy Steiger w Auckland (Nowa Zelandia). Dzięki temu naprawdę otworzyły mi się oczy, bo zobaczyłem, że ci ludzie trwają w prawdziwej relacji z Bogiem i bardzo różniło się to od wszystkiego, z czym miałem wcześniej do czynienia. Ludzie ze Steigera byli pełni radości i wcale nie przebywali razem z Bogiem na innej planecie. Kochali Go, ale byli na tym samym poziomie co ja, lubili tę samą muzykę, a ich zespoły ją grały. >>

>> Wreszcie Ken powiedział mi, że Steiger w Auckland potrzebuje gitarzysty i choć nie byłem chrześcijaninem, zaproponował mi, żebym się do nich przyłączył. Później dowiedziałem się, że Ken zrobił to celowo, bo wiedział, że szukam swojej drogi i że będąc w zespole znajdę się wśród chrześcijan.

Przez następne sześć miesięcy przekonałem się, jak prawdziwy jest Bóg i jak bezsensowne było moje życie. Zespół planował wyjazd do Amsterdamu, aby wspólnie z Davidem Pierce'm prowadzić ewangelizację, więc dawaliśmy koncerty w wielu kościołach, aby uzbierać pieniądze na bilety lotnicze. W jednym z tych kościołów pastor wygłosił kazanie o dość oklepanej treści, którą usłyszałem już po raz któryś z kolei, wtedy jednak wiedziałem, że to Bóg do mnie przemawia, więc odpowiedziałem Mu, ku zdumieniu pozostałych członków zespołu".

Mam dopiero 24 lata, lecz patrząc wstecz na moje życie widzę, że Bóg przez cały czas czekał na mnie i nie sprzeciwiał się, gdy odchodziłem daleko od Niego. Teraz jednak, gdy ludzie mówią mi, że się za mnie modlili, jestem im naprawdę wdzięczny. Wiem, że dzięki temu nie wdałem się w jeszcze gorsze kłopoty. Życie niekoniecznie stało się łatwiejsze, ale teraz wszystko naprawdę ma sens. Obecnie zajmuję się wyłącznie realizacją Bożego planu w moim życiu."

Jakiś czas potem, podczas pobytu w Stanach, zapragnąłem zobaczyć się z moim starym kumplem Sigmundem. Zadzwoniłem do niego i gdzieś tam się spotkaliśmy. Właśnie rozleciało się jego drugie małżeństwo. Żona próbowała go zabić. Przez cały czas Sigmund był na prochach i nie potrafił już nawet sensownie myśleć. Przeniósł się do Altanty, gdzie sprzedawał się jako męska prostytutka. Upadł tak nisko, że spotkanie z nim było najbardziej przygnębiającym spotkaniem w moim życiu.

Więc to był ten sam facet, zawsze pełen życia, który najlepiej z wszystkich moich kumpli potrafił się zabawić za naszych szkolnych czasów. "Co się z nim stało?" - pomyślałem sobie - "Jak on mógł tak skończyć?"

Historia Sigmunda przypomina przypowieść, którą Jezus opowiedział w Ewangelii Św. Łukasza (15:11). Był sobie człowiek, który miał dwóch synów. Młodszy z nich powiedział kiedyś do ojca: "Daj mi moją część majątku". Ojciec podzielił więc swój majątek pomiędzy obu synów. Niedługo potem młodszy syn zabrał swoją część majątku i wyruszył do innego kraju. Tam roztrwonił go żyjąc rozrzutnie. Podobnie jak Sigmund był zbuntowanym synem. Do tego był także młodszym synem. Miał powyżej uszu życia w domu ojca. Miał dość jego władzy i swoich obowiązków.

W wierszu 14 jest mowa o klęsce głodu i biedzie w kraju, w którym przebywał syn. Poszedł więc i najął się do pracy u pewnego obywatela, który wysłał go w pole paść świnie.

W podobnej sytuacji znalazł się Sigmund. Jak ten zbuntowany syn, Sigmund znalazł się wśród świń. Wydał wszystko co miał i zabawa się skończyła. Był głodny i nie miał nic do jedzenia.

Lecz najważniejszy w tej przypowieści jest wiersz 17. Mówi on:

"Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca".

Problem leży w tym, że wielu z nas będąc w podobnej sytuacji nigdy nie zmądrzeje. Na spotkaniu z moim kumplem Sigmundem myślałem, że dla niego wszystko jest już stracone. Miał za sobą dwa nieudane małżeństwa, sprzedawał się jako męska prostytutka, ładował w siebie narkotyki i do tego stopnia zbuntował się przeciwko Bogu, że wyrywał kartki z Biblii swojego ojca i robił z nich skręty. Wydawałoby się, że dla niego nie ma już powrotu.

Jednak Sigmund opamiętał się. Zdał sobie sprawę, w jakim jest stanie. Kilka miesięcy po naszym spotkaniu zadzwonił do mnie i powiedział: "Nie uwierzysz, co się stało. Jezus odmienił moje życie i dał mi wolność. Oczyścił mój umysł. Uwolnił mnie od tych wszystkich złych rzeczy, w których tkwiłem. Teraz jestem kimś zupełnie innym".

Widzicie więc, że człowiek nigdy nie znajduje się w punkcie bez powrotu, jeśli tylko się opamięta i powróci do Ojca. Ale jak mamy do Niego powrócić? Mamy nagle się zmienić? Mamy zaczął zachowywać się inaczej? Tak właśnie myślał sobie marnotrawny syn - "Muszę zrobić na moim ojcu dobre wrażenie. Muszę się zmienić. Muszę mu pokazać, że teraz jestem inny". Przygotował więc sobie mowę, z którą zwróci się do ojca.

Wiersz 20 mówi, że wybrał się i poszedł do swego ojca. Lecz gdy był jeszcze daleko, ojciec zobaczył go i serce napełniło mu się współczuciem. Wybiegł synowi naprzeciw, rzucił mu się na szyję i ucałował go.

Nie zapominajcie, co ów syn wyrządził swojemu ojcu. Zażądał swojego dziedzictwa gdy jego ojciec jeszcze żył, a potem roztrwonił je w obcym kraju na pijaństwo i rozpustę. Lecz Pismo Święte mówi, że gdy był jeszcze daleko, ojciec ujrzał go w wybiegł mu naprzeciw. Zarzucił mu ręce na szyję i ucałował go. W wierszu 21 syn rozpoczyna swoją przemowę.

"Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem". Ale ojciec nawet tego nie słuchał. Powiedział tylko: "Przynieście najlepszą szatę". Nie powiedział: "Przynieście jakąś szatę", lecz "Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął a odnalazł się".

I zaczęli ucztować. Ojciec dał mu najlepszą szatę, co w tamtej kulturze było dużym wyróżnieniem. Chciał mu przez to powiedzieć: "Cenię cię jako konkretną osobę. Postrzegam cię jako osobę, a nie kolejny numer, i kocham cię!" Na palec włożył mu pierścień. W owych czasach pierścień był oznaką władzy. Ten gest oznaczał więc: "Nie tylko cenię cię jako konkretną osobę, lecz także pragnę dać ci władzę. Chcę, abyś sprawował władzę w moim domu". Ale najważniejszą rzeczą było to, że dał mu sandały na nogi. To oznaczało, że nie jest sługą, lecz członkiem rodziny.

Bóg pragnie uczynić nas członkami swej rodziny. Jeżeli Bóg jest moim ojcem, a ja jestem członkiem jego rodziny, to mogę wyjść zwycięsko z wielu opresji. Dlaczego mam żyć w chlewie, w głodzie i brudzie? Trzeba zrobić tylko jedno: zwrócić się do Boga. Nawet nie musimy próbować podźwignąć się samemu. Gdy któryś z moich synków upadnie i wyciąga do mnie ręce, wie, że jestem na tyle silny, aby go podnieść. Bóg jest na tyle silny, żeby wydobyć nas z chlewu. Ale będzie chciał zmusić nas do czegoś, czego nie chcemy robić.

Bóg nie jest dyktatorem. Bóg nie jest faszystą. Jest ojcem, który ma złamane serce.

Ewangelia wg św. Łukasza 15,11-24

[Jezus] powiedział też: "Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: "Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada". Podzielił więc majątek między nich.

Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek.

Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.

Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.

Ale gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go.

A syn rzekł do niego: "Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem".

Lecz ojciec rzekł do swoich sług: "Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął a odnalazł się". I zaczęli się bawić".

kliknij aby wrócic