|
Zebrałem całą siłę
woli, żeby nie krzyczeć. "Co się z panią dzieje? Nie wie pani, że on ma
mieć dziś rano operację?" - zapytałem.
"A, tak, chyba ma
pan rację" - powiedziała, czytając kartę przy łóżku dziecka. - "Przepraszam".
W tym właśnie momencie
zdałem sobie sprawę, że nie mogę pokładać wiary w personelu medycznym
szpitala, w którym mój syn miał być operowany. Pocałowałem go i zaraz
potem zawieziono go na salę operacyjną. Powiedziałem Jodi, że muszę się
przejść i poszedłem do pobliskiego parku w centrum miasta. Miałem trudności
z opanowaniem się. Byłem wściekły na pielęgniarkę, która chciała nakarmić
mego syna na krótko przed operacją. Pełen emocji, modliłem się: "Panie,
jestem w tym mieście, bo mnie tu wezwałeś. Musisz zaopiekować się moim
synkiem". Jestem ojcem, więc przepełniały mnie emocje. Mój syn musiał
mieć operację, więc byłem w rozpaczy, jako że on był moim synem, a ja
jego ojcem.
Był sobie pewien człowiek
o imieniu Jair, którego córeczka była umierająca i on także był w rozpaczy.
Jezus płynął łodzią przez jezioro. Był tam ogromny tłum, a w nim Jair.
Wiedział, że musi dostać się do Jezusa, bo jego córeczka umiera. Wiedział,
że Jezus jest jego jedyną nadzieją. Jair zdawał sobie sprawę, że jeśli
nie dostanie się do Jezusa i nie przedstawi mu swojej prośby, jego córeczka
umrze.
Gdy Jair ujrzał Jezusa,
upadł do Jego stóp. Pewnie nie mógł się powstrzymać. Przepełniały go emocje.
Przypuszczalnie ciężko było zrozumieć, co mówi, bo jego głos był pełen
rozpaczy i emocji.
Ku jego uldze Jezus
odpowiedział na jego pełne rozpaczy prośby i zgodził się pójść do chorej
dziewczynki. Jair był człowiekiem wiary. Zrozumiał, że Jezus może mu pomóc,
choć córka jego była w stanie krytycznym.
Nie próbuję tu porównywać
podróży ewangelizacyjnej do śmierci małej dziewczynki, lecz historia ta
przypomina mi jedną z naszych tras koncertowych. Przez dłuższy czas czułem,
że Bóg pragnie, żebyśmy pojechali do Wietnamu. Przez dwa lata modliłem
się i rozmawiałem o tym z innymi. Miałem silne przekonanie, że Bóg chce,
żebyśmy pojechali na tę trasę. Udałem się do Wietnamu, aby spotkać się
z różnymi przedstawicielami władz.
Po powrocie zastałem
wysłane z Hanoi zaproszenie, w którym były słowa: "Zapraszamy was na trasę
koncertową po naszym kraju w imię przyjaźni". To było dziejowe wydarzenie.
Do tej pory nikt inny nie otrzymał takiego zaproszenia do Wietnamu. Nie
chodzi mi tylko o zespoły chrześcijańskie. Nigdy wcześniej nie zaproszono
tam żadnego zespołu z Zachodu.
Choć to zaproszenie
bardzo mnie ucieszyło, aby tam pojechać musiałem pokonać jeszcze jedną
przeszkodę, mianowicie zebrać pieniądze. Im bardziej się starałem, tym
mniej pieniędzy udało mi się zdobyć. Pojechałem na przykład w trasę, której
celem było zebranie pieniędzy, a w rezultacie kosztowała mnie ona osiemset
dolarów.
"Panie Boże, chyba
idę w złym kierunku" - powiedziałem - "Wydawało mi się, że mówiłeś mi,
że mamy jechać w tę trasę, ale tylko marnujemy pieniądze". Wreszcie pewnego
dnia powiedziałem do Pana Boga: "Nie zbiorę tych pieniędzy. Nie ma szans,
żebym to zrobił. To beznadziejne. Panie Boże, będziesz musiał jakoś zesłać
nam te pieniądze. Wykorzystam każdą okazję, którą mi dasz i będę mówił
ludziom, że potrzebujemy pieniędzy, ale bez twojej pomocy nie dam rady
ich zebrać".
Wówczas pieniądze
zaczęły powoli napływać. Pan Bóg uczynił cud i zesłał nam wszystko, czego
potrzebowaliśmy na wyjazd do Wietnamu. Bilety lotnicze były już kupione.
Czułem się szczęśliwy i podekscytowany. Wszystko układało się dobrze,
bez żadnych problemów.
Nasze przygotowania
do wyjazdu trwały już cały rok i zaplanowaliśmy spotkania z ludźmi z całego
świata. I wtedy, na dwa tygodnie przed naszym wyjazdem do Wietnamu, otrzymałem
telefon z Amsterdamu. Dzwonił Rocky Rhodes (tak, on naprawdę tak się nazywa),
który pomagał nam w przygotowaniach do trasy koncertowej.
"Cześć, Rocky" - powiedziałem
- "Jak leci?" Nie zapominajcie, że byłem szczęśliwy i podekscytowany.
Ale natychmiast się zaniepokoiłem, bo Rocky nie był ani szczęśliwy ani
podekscytowany. Jego głos brzmiał tak, jak gdyby ktoś właśnie umarł.
"Co się stało, Rocky?"
- spytałem.
"Właśnie dostałem
faks z Hanoi. Organizatorzy odwołują naszą trasę".
To mnie kompletnie
załamało. Poczułem się, jak gdyby spadł na mnie wielki ciężar. Mimo to
powiedziałem do Rocky'ego: "Chyba jednak nie powinniśmy tym się sugerować.
Myślę, że ta trasa i tak dojdzie do skutku. Zadzwonię do ciebie gdy wszystko
sobie przemyślę i zastanowię się, co powinniśmy zrobić".
Poszliśmy razem z
Jodi na spacer po plaży i modliliśmy się. Choć przed Rockym udawałem,
że wcale nie jestem zmartwiony, w rzeczywistości jednak w tym momencie
nie było we mnie wiary. Zapytałem Jodi, co o tym myśli. "Pomódlmy się
i zapytajmy Boga, co powinniśmy zrobić" - odpowiedziała - "poprośmy też
naszych znajomych pastorów, żeby się modlili. Jeśli wszyscy powiedzą to
samo, będziemy wiedzieli, że to właśnie mówi Bóg. Jeśli wszyscy powiedzą,
że powinieneś jechać w tę trasę mimo wszystko, to pojedziesz".
Te słowa trochę mnie
zezłościły, bo pomyślałem, że nie ma szans, żeby wszyscy jednogłośnie
powiedzieli, że powinniśmy jechać na tę trasę. To nie miało najmniejszego
sensu. Rząd właśnie odwołał naszą trasę. Byłem zły na Jodi, ale niechętnie
zgodziłem się, że powinniśmy poprosić o radę naszych przyjaciół i w ten
sposób dowiedzieć się, czego pragnie Bóg.
Jakimś zrządzeniem
losu każdy, kogo prosiliśmy o modlitwę w tej intencji, uważał że powinniśmy
jechać mimo oficjalnego odwołania naszej trasy przez rząd. Poczuliśmy
wyraźnie, że Bóg chce, żebyśmy tam pojechali, więc kazaliśmy wszystkim
zaangażowanym ludziom kontynuować przygotowania na spotkanie z nami w
Sajgonie.
.Gdy przyjechaliśmy
do Wietnamu, sprawy miały się coraz gorzej. Miałem nadzieję, że witając
się z Rockym na lotnisku usłyszę od niego, że wszystko jest w porządku
i trasa będzie przebiegać zgodnie z planem. Zamiast tego powiedział mi,
że nasz organizator z Syberii, Eugene, upadł i złamał sobie bark. Musiał
wcześniej wrócić do kraju, więc Rocky prowadził negocjacje sam. Oprócz
tego cały nasz sprzęt zatrzymały władze celne i nie miały zamiaru nam
go zwrócić.
W tym momencie zacząłem
doświadczać ogromnych wątpliwości. Szatan począł podszeptywać mi słowa:
"Wiesz Davidzie, to tylko twój własny pomysł. Nie robisz tego wszystkiego
dla Boga, ale dla własnego ego. Dla twojej własnej satysfakcji".
To przypomniało mi
o naszym wielkim koncercie na wolnym powietrzu w Napier w Nowej Zelandii.
Właśnie przygotowywaliśmy się do najważniejszej części koncertu, czyli
przedstawienia ukrzyżowania i zmartwychwstania Chrystusa. Widownia była
ogromna.
I właśnie wtedy zaczął
lać deszcz, a wszyscy uciekli w poszukiwaniu schronienia. Stałem na scenie,
gotów do odegrania najważniejszej części przedstawienia, lecz nie było
ani jednego widza.
Sfrustrowany, powiedziałem
do Pana Boga: "Chciałeś, żebyśmy przyjechali tu na koncert. Ci wszyscy
ludzie nie są chrześcijanami. I właśnie teraz, tuż przed najważniejszą
częścią występu, gdy mam im o Tobie opowiedzieć, pozwalasz, żeby padało.
O co chodzi?" Poczułem, jakby Bóg odpowiedział mi: "Dla kogo robisz to
wszystko? Dla siebie czy dla mnie?"
Wtedy w Wietnamie
zacząłem się więc zastanawiać, czy ta sytuacja nie przypomina koncertu
w Napier, kiedy to chciałem robić wszystko po swojemu, a nie tak, jak
chciał Bóg. Szatan podszeptywał mi, że jestem pełen arogancji. Na krótko
przed moim odjazdem z Nowej Zelandii ktoś powiedział mi, że jestem arogancki,
bo śpiewam piosenkę "Zero seksu przed ślubem" (patrz rozdział "Elvis i
seks").
Zacząłem myśleć, że
to musi być prawda. Pewnie jestem arogancki. Jednak mimo całego zwątpienia
w siebie poczułem, że Bóg mówi do mnie: "Chcę, żebyś wierzył mimo wszelkich
okoliczności, bo w ten sposób oddasz mi chwałę". Bardzo często nie dostrzegamy
tych wielkich rzeczy, które Pan czyni w naszym życiu, bo nasza wiara nie
jest silniejsza niż okoliczności.
Gdy po raz pierwszy
spotykamy się z Jezusem, nasza wiara przypomina wiarę niemowlaka: "Panie,
będę w Ciebie wierzył, gdy to mi będzie odpowiadać". Taka wiara opiera
się na emocjach. Jeśli twoja wiara jest oparta na emocjach, nigdy nie
dokonasz wielkich rzeczy dla Pana, bo czasem będziesz czuł się bezradny.
Twoje emocje każą ci się poddać i wybrać to drugie, łatwiejsze wyjście.
Jeżeli nie mamy w
sobie wiary silniejszej niż nasze emocje, nigdy nie dokonamy wielkich
rzeczy dla Boga. Pan Bóg szuka ludzi, którzy nie zniechęcą się pod wpływem
okoliczności, którzy nie będą przejmować się tym, że coś wydaje się kompletnie
głupie, i którzy będą Mu ufać. Jeżeli kiedykolwiek taka wiara była nam
potrzebna, to właśnie dziś.
Wtedy w Wietnamie
znalazłem się w sytuacji, gdy Bóg pytał mnie: "Wierzysz we mnie czy nie?"
Wszystkie okoliczności przemawiały przeciwko nam. Zdałem sobie sprawę,
że stawką jest też moja reputacja. Na tę trasę mieli przybyć ludzie z
całego świata. Wspominałem o niej, gdzie tylko mogłem. Ludzie dali mi
dużo pieniędzy na jej sfinansowanie. Więc pomyślałem sobie: "Panie Boże,
co teraz zrobisz? Pozwolisz, żeby wszystko spełzło na niczym? Ludzie powiedzą:
'Wiedzieliśmy, że tak będzie. Wiedzieliśmy, że David nie działa w imieniu
Boga'. A co będzie, jeśli poczuję, że powinniśmy jechać w trasę po Turcji?
Ludzie powiedzą wtedy: 'Nie, to nieprawda. Nie możemy tego finansować.
Pamiętacie, co zdarzyło się w Wietnamie'".
Wiedz, że jeśli chcesz
ujrzeć moc Boga, musisz być gotów zaryzykować wszystko. Takiej właśnie
wiary Bóg oczekuje dziś ze strony ludzi. Muszą zaryzykować własną reputację
i wszystko, co posiadają.
Byliśmy w Wietnamie
od dwóch dni i nic nam się nie udawało. Gdziekolwiek poszliśmy, mówiono
nam, że nie wolno nam występować. Zabroniono nam grać, a ponadto nikt
nie miał zamiaru oddać nam naszego sprzętu.
Potem otrzymałem telefon
z Hanoi. Nasz organizator powiedział: "Zostało mi jeszcze jedno spotkanie.
Jest możliwość, że ministerstwo kultury wyrazi zgodę na naszą trasę. To
nasza jedyna nadzieja".
I znowu modliliśmy
się i prosiliśmy Boga. Zorganizowaliśmy czuwanie modlitewne i przez całą
noc i błagaliśmy Boga o pomoc. Jeżeli kiedykolwiek rozumiałem rozpacz
Jaira, to właśnie wtedy.
Jezus był już w drodze
do dziewczynki, aby ją uzdrowić. Zatrzymał się w tłumie, żeby pomóc komuś
innemu, i w rezultacie jego przyjście się opóźniło. Możesz sobie wyobrazić,
jak bardzo denerwował się Jair widząc, jak długo zajmuje Jezusowi dojście
do jego córeczki. Wreszcie, gdy byli już pod jego domem, ktoś podszedł
do nich i powiedział: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?"
Jednak Jair niezłomnie wierzył, że Jezus uzdrowi jego córeczkę.
Po całej nocy spędzonej
na modlitwie otrzymaliśmy z Hanoi wiadomość, że minister nie jest tym
zainteresowany i żebyśmy dali spokój. Tak więc zrozumieliśmy, że wszystkie
szanse są już pogrzebane. Nie było mowy o tym, żebyśmy mogli rozpocząć
trasę.
"Czemu jeszcze trudzisz
Nauczyciela? Twoja córka umarła". Taką wiadomość otrzymał Jair i taką
wiadomość otrzymaliśmy my. Problem nie polegał jednak na tym, że były
przeszkody ze strony losu, lecz że nie czułem bicia Bożego serca. Gdybym
je czuł, nie byłoby dla mnie rzeczy niemożliwych.
To przypomina mi przypowieść
o wytrwałej wdowie. Była sobie pewna wdowa, która znalazła się w sytuacji
całkowicie beznadziejnej. Nie miała pieniędzy ani nikogo, kto mógłby się
za nią wstawić. Nie tylko była bezsilna, lecz także sprawą jej zajmował
się sędzia, który nie dbał o sprawiedliwość. Nie obchodziła go ani ona,
ani jej potrzeby. Choć sędzia nie dbał o sprawiedliwość, w końcu dał jej
to, o co prosiła, bo była wytrwała. Jezus zakończył tę przypowieść słowami:
"Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?"
Nie chodziło tu o
przeszkody ani okoliczności. Chodziło o to, czy słyszę bicie Bożego serca.
Zacząłem się zastanawiać,
po co w ogóle znalazłem się w Wietnamie. Przypomniał mi się mały chłopiec,
którego spotkałem na ulicy, gdy byłem tam pierwszy raz. Chłopiec ten przypominał
mi moich synków. Wyglądał na jedenaście czy dwanaście lat. Sprzedawał
na ulicy jakieś rzeczy, żeby zarobić na jedzenie. Gdy go zobaczyłem, serce
ogarnął mi żal. Chciałem mu pomóc dając mu pieniądze. Chłopczyk był kaleką
i nie widział na jedno oko. Ponieważ w Sajgonie nie należy nosić ze sobą
dużo pieniędzy, dałem mu te kilka dolarów, które miałem przy sobie i żałowałem,
że nie mam więcej. Wróciłem do swojego pokoju w hotelu, a obraz tego chłopca
nie dawał mi spokoju. Nie mogłem wymazać go z pamięci.
Następnego dnia przeszedłem
całe miasto w poszukiwaniu tego chłopca, bo chciałem dać mu więcej pieniędzy.
Nie znalazłem go jednak. Wróciłem do mojego pokoju i jego obraz znowu
zaczął mnie prześladować. Czułem w sobie wielką złość. Zacząłem krzyczeć
do Boga: "Panie, co złego zrobił ten mały chłopiec? Chcę występować i
mówić, że jesteś Bogiem miłości, ale dlaczego pozwalasz cierpieć dzieciom
takim jak to? Co złego mógł zrobić ten chłopiec, że zasłużył na takie
cierpienie? Nie mogę tego zrozumieć, Panie". To właśnie krzyczałem do
Pana Boga w pokoju hotelowym w Sajgonie. Poczułem wtedy w sercu głos Boga,
który mówił do mnie: "Moje serce boleje nad tym chłopcem bardziej, niż
jesteś w stanie sobie to wyobrazić. Tacy jak on cierpią, bo was to nic
nie obchodzi".
"Ale co ja mogę zrobić,
Panie? Jak mam pomóc wszystkim dzieciom cierpiącym na świecie? Jestem
bezsilny, nie mam na to środków" - mówiłem. Poczułem, jakby Bóg chciał
mi dać cząstkę Swego bolejącego serca. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę,
że znalazłem się w Wietnamie nie dla swojego ego ani dla własnej satysfakcji,
lecz dlatego, że Pan mnie tam wezwał. Tak więc cały zespół i ja znowu
zaczęliśmy się modlić, prosząc Boga o jakiś przełom w tej beznadziejnej
sytuacji, w której się znaleźliśmy.
|
|
Później jest mowa
o tym, że gdy Jezus przybył do domu Jaira, zastał tam zamieszanie. Ludzie
głośno płakali i zawodzili. A Jezus wszedł i powiedział: "Czemu robicie
zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi". Ludzie wyśmiali Go.
To jest coś, na co musisz być przygotowany, jeśli nie chcesz dać się pokonać
okolicznościom. Ludzie będą się z ciebie śmiać i powiedzą, że zachowujesz
się nieodpowiedzialnie i niedorzecznie. Musisz być gotów przez to przejść,
jeśli chcesz ujrzeć, jak Bóg dokonuje przełomu.
Jezus kazał wszystkim
wyjść. Wziął z sobą do pokoju dziewczynki tylko jej ojca i matkę oraz
trzech swoich uczniów. Ujął ją za rękę i powiedział: "Dziewczynko, mówię
ci, wstań!" Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła. Nie miało żadnego
znaczenia, że przedtem już nie żyła. W tym całe sedno sprawy. Służymy
Bogu, który wskrzesza umarłych. Dlatego właśnie nie chce, aby krępowały
nas okoliczności.
Oto byliśmy w Wietnamie
i właśnie wyczerpały nam się wszystkie możliwości. Władze celne zatrzymały
nasz sprzęt. Nasz organizator z Syberii złamał sobie bark i musiał wracać
do kraju. Nie pomógł nawet list od senatora Jesse Helmsa z Departamentu
Stanu rządu amerykańskiego, wyrażający jego poparcie dla naszej trasy
koncertowej. Rząd wietnamski dał nam do zrozumienia, że żadną miarą nie
zezwoli nam na jakiekolwiek koncerty. Siedzieliśmy w rozłażącym się od
karaluchów hotelu i nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, co dalej robić.
Podczas jednego z
naszych spotkań modlitewnych ktoś z nas poczuł, że powinniśmy pójść do
kościoła katolickiego. Tak więc Rocky i ja poszliśmy do miasta, do największego
kościoła katolickiego, jaki mogliśmy znaleźć, a więc do Katedry Marii
Panny. Zapytałem kogoś, czy mógłbym zobaczyć się z księdzem. Człowiek
ten zaprowadził nas do kościoła i pokazał nam sarkofag, w którym pochowany
był ksiądz. "Nie" - powiedziałem - "Chciałbym zobaczyć się z jakimś żyjącym
księdzem". Wtedy zaprowadził nas do księdza z Katedry Marii Panny.
Przeszliśmy do pomieszczeń
kancelaryjnych, gdzie zastaliśmy Ojca Nguyen, wikarego stu dziewięćdziesięciu
parafii, do których należało w sumie pół miliona ludzi. Powitał nas z
pewną ostrożnością, zastanawiając się, po co ci cudzoziemcy chcą się z
nim spotkać.
"Ojcze Nguyen, potrzebujemy
pomocy". Opowiedziałem mu, jak modliliśmy się cały dzień i ktoś z nas
poczuł, że powinniśmy z nim porozmawiać i zapytać go, czy mógłby nam pomóc.
Ojciec Nguyen uważnie wysłuchał mojej opowieści. "Chyba Bóg was do nas
zesłał" - powiedział - "Możecie zagrać w kościele w niedzielę wieczorem".
Tak więc zaproszono
nas, żebyśmy wystąpili w jednym z największych miejsc publicznych w Sajgonie
- w Katedrze Marii Panny. Później dowiedziałem się, że Matka Teresa starała
się kiedyś o pozwolenie na przemawianie w tej katedrze i odmówiono jej.
Byłem pierwszym człowiekiem z Zachodu, który zabrał głos w tej katedrze.
Katedra była przepełniona,
ludzie trzymali się nawet okien. Przybyło ich kilka tysięcy. Wielu z nich
podeszło po koncercie do przodu, aby na oczach wszystkich przyjąć Jezusa
do swego serca. Ludzie nie wierzyli, że coś takiego mogło mieć miejsce.
Gdziekolwiek się udaliśmy, wszędzie widzieliśmy cuda dokonywane przez
Pana. W rezultacie daliśmy dziewięć koncertów, czyli więcej niż początkowo
planowaliśmy podczas trasy koncertowej organizowanej przez rząd w imię
przyjaźni.
Jedno z ostatnich
miejsc, w którym występowaliśmy, było tak przepełnione, że ludzie tłoczyli
się nawet w nawach bocznych i przejściach. Wszystkie miejsca były zajęte,
a z przodu było pełno ludzi. Nie było nawet mowy o tym, żebym mógł poprosić
ludzi o podejście do przodu. Powiedziałem więc: "Jeśli pragniecie przyjaźni
z Jezusem, odpowiedzcie podnosząc rękę tak jak ja". Prawie wszyscy ludzie
podnieśli ręce. Można było wręcz wyczuć obecność Boga w tamtym miejscu.
|
|
Tuż przed wyjazdem
z Sajgonu rozmawiałem z Ojcem Nguyen. Powiedział mi: "Jest mi tak bardzo
ciężko dotrzeć do młodych ludzi w tym mieście - w mieście, które liczy
sześć milionów ludzi. Czy możesz mi w tym pomóc?"
Pan Bóg czyni o wiele
więcej niż to, o co moglibyśmy prosić i czego moglibyśmy oczekiwać. O
wiele więcej.
Nic co wartościowe
nie przychodzi łatwo. Bóg pragnie dziś, abyśmy dokonywali dla Niego rzeczy
niezwykłych. A jedyny sposób na to to dokonywać niezwykłych rzeczy.
Jeżeli chcesz pozostać
w tym, co zwyczajne, jeśli chcesz pozostać w sferze okoliczności, nigdy
nie będziesz mógł czynić rzeczy niezwykłych.
Będziesz tą samą osobą,
którą jesteś już teraz. Wielu chrześcijan żyje w świecie fantazji i marzy,
kim będą kiedyś, lecz nie podejmują nawet najmniejszych kroków ku temu,
aby się takimi stać. Chcesz się dowiedzieć, jaka jest twoja wiara? Odpowiedz
sobie, po co dziś wierzysz w Boga.
Oto dzień niezwykłej
wiary. W Wietnamie Bóg znowu udowodnił mi, że mogę Mu ufać. Nie patrzmy
więc na okoliczności w jakich się znaleźliśmy ani na nasze ograniczenia,
lecz padnijmy na twarz przed Bogiem i zapytajmy Go: "Panie, jaka jest
Twoja wola?".
Gdy poznam, czego
pragnie dla mnie Bóg, wtedy zrozumiem, że absolutnie nic nie może mnie
powstrzymać. Żadne okoliczności, żadne ograniczenie, żadna przeszkoda
- nic już mnie nie powstrzyma, jeśli usłyszę bicie Bożego serca.
|
Ewangelia
wg św. Marka 5, 21-43
Gdy
Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki
tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden
z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg
i prosił usilnie: "Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce,
aby ocalała i żyła". Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i
zewsząd na Niego napierał.
A
pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała
od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz
miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu,
między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: "Żebym się
choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa". Zaraz też ustał jej krwotok
i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości.
A
Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się
w tłumie i zapytał: "Kto się dotknął mojego płaszcza?"
Odpowiedzieli
Mu uczniowie: "Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się
Mnie dotknął?" On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła.
Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią
stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej:
"Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej
dolegliwości!"
Gdy
On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli:
"Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?"
Lecz
Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: "Nie bój się,
wierz tylko".
I
nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata
Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania,
płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: "Czemu robicie zgiełk
i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi". I wyśmiewali Go.
Lecz
On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych,
którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę
za rękę, rzekł do niej: "Talitha kum", to znaczy: "Dziewczynko, mówię
ci, wstań!" Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście
lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby
nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść.
|