|
Każdego dnia to samo,
rok po roku, bez końca. "Czy to ma być życie?" - zastanawiałem się. Miałem
około siedemnastu lat. Były wtedy wczesne lata siedemdziesiąte.
Będąc gejem i w pewnym
stopniu również artystą, wolałem żyć w swoim świecie fantazji. Naturalnie
miałem swoich idoli do naśladowania: Lou Reed'a, Iggie Pop'a, a przede
wszystkim Davida Bowie. Wkładałem sporo wysiłku, żeby wyglądać jak oni.
Te gwiazdy rocka śpiewały o seksie, narkotykach, miłości i zniszczeniu.
A ich życie było takie, jak głoszone przez nich przesłania. Poszedłem
śladami tamtych gości i zacząłem brać "speed" (metyloamfetaminę), wstrzykując
ją sobie do żyły. Zmieniłem się w dziwnie wyglądającą kreaturę: chudy,
blady, w butach na wysokich koturnach, z jaskrawo pomarańczowymi włosami
i ciężkim makijażem.
Kiedy tylko zacząłem
żyć na własną rękę, stałem się znanym dealerem narkotyków, a moje mieszkanie
speluną dla wszystkich mętów z sąsiedztwa. W okolicy kwitł handel narkotykami,
ponieważ tuż obok znajdowała się granica z Niemcami i Belgią. Niemieccy
klienci napychali heroiną prezerwatywy, które później ukrywali wewnątrz
ciała, a tymczasem gdzieś w pokoju ludzie wstrzykiwali sobie "speed",
kokainę, heroinę, cokolwiek. Nie sprzedawałem tego, żeby zarobić. Po prostu
sądziłem, że narkotyki są super i każdy powinien ich używać.
Pewnego dnia policjant
ubrany po cywilnemu aresztował mnie i mojego kumpla Freda, kiedy spacerowaliśmy
po ulicy. W torbie miałem mnóstwo "speedu", rodzaj przenośnego laboratorium
złożonego ze szklanych strzykawek we wszystkich rozmiarach, napełnionych
alkoholem metylowym oraz pistolet. Oskarżono mnie o obrabowanie przynajmniej
czternastu domów i kradzież sprzętu laboratoryjnego z apteki, gdzieś w
Austrii. Nie miałem nic wspólnego z kradzieżami, była to sprawka Freda.
Strzykawki dostałem kiedyś jako zapłatę za narkotyki, musiałem więc rozczarować
austriackich detektywów. Co do pistoletu, trzymałem go dla zabawy. Nawet
nie miałem naboi.
Stary, dobry Fred
został zatrzymany na kilka miesięcy w więzieniu. Później polował na mnie
z nożem, chcąc mnie zabić, ale udało mi się go powstrzymać ofiarując mu
trochę heroiny. Przypuszczam, że Fred już nie żyje, tak jak wielu moich
"przyjaciół" z tamtych czasów.
Dom, w którym mieszkałem,
został pod moją nieobecność zdemolowany i obrabowany. Żyłem więc na ulicy,
wstrzykując sobie narkotyki w ciemnych alejkach i publicznych toaletach.
Czułem się okropnie. Aby w ogóle funkcjonować, musiałem brać mnóstwo "speedu".
Aż pewnego dnia upadłem na ulicy i pomyślałem, że umieram. Miałem dwadzieścia
lat i znajdowałem się na skraju wyczerpania. Później lekarz wykrył, że
od około trzech miesięcy chorowałem na żółtaczkę typu B, nawet o tym nie
wiedząc. Prawdopodobnie zaraziłem się brudną igłą.
W tamtym czasie poznałem
młodego i bardzo interesującego człowieka. Był dosyć utalentowanym pianistą
oraz intelektualistą. Zacząłem się z nim przyjaźnić. Pomógł mi rzucić
narkotyki, ale zamiast tego przerzuciłem się na seks. Znalazłem pracę
w drukarni (taki miałem zawód. W moim zwariowanym życiu uczyłem się trochę
i uczęszczałem też na akademię sztuki.) Mieszkaliśmy razem w małym, przytulnym
domku na wsi.
Bardzo kochałem Roba,
ale uzależniłem się od niego emocjonalnie. Nasz związek przetrwał trzy
szczęśliwe lata i jeden okropny. Do tego czasu stałem się chory z zazdrości.
Kiedy Rob wyjeżdżał na jedną noc, doprowadzało mnie to wściekłości, że
gdy wracał następnego ranka, urządzałem mu sceny.
Zazdrość stała się
moim demonem i zamieniła mnie w osobę porywczą, niemal szaleńca. Nasza
znajomość zakończyła się, kiedy cała miłość i sympatia zostały zniszczone
przez walki i pijackie hulanki. Postanowiłem wyjechać do Amsterdamu.
Przyjechałem do Amsterdamu
z moim dobrym kumplem o imieniu Hans. Przekraczając granicę miasta skosiliśmy
kilka znaków drogowych. "Witaj, Amsterdamie" - pomyślałem sobie wtedy.
Z tyłu naszego auta leżała skrzynka piwa, a pomiędzy naszymi siedzeniami
- butelka whisky, oczywiście pusta. W tamtym czasie byłem alkoholikiem,
a haszysz paliłem jak papierosy.
Szukając jakiegoś
domu, wdaliśmy się w awanturę z dzikimi lokatorami. Ludzie, którzy zajmują
puste budynki są dobrze zorganizowani w Amsterdamie. Właściwie to nie
ja wywołałem burdę, w każdym razie uważałem, że oni wszyscy są faszystami.
Stałem się zgorzkniały, stale piłem mocne alkohole, a nocami wysiadywałem
w barach dla gejów. Miałem wiele przelotnych znajomości, ale żadnej nie
umiałem utrzymać na dłużej. Tamto życie pamiętam jak za mgłą.
A potem doszło do
tragicznego wydarzenia. Mój kumpel Hans, popełnił samobójstwo, skacząc
na z budynku. Doświadczyłem bólu, jakiego nigdy nie czułem wcześniej ani
później. Czułem, jakby dosłownie pękało mi serce. Był to fizyczny i psychiczny
ból, którego nie zniósłbym po raz drugi. Pamiętam, jak płakałem, wzywając
Boga o pomoc.
Przez następne dwa
lata piłem, upijając się trzy razy dziennie. Cały dzień siedziałem w barze,
ubrany na szaro, z czarnym kapeluszem głęboko nasuniętym na oczy. Byłem
zgorzkniały i nie szukałem prawdziwych przyjaciół. Nigdy nie byłem taki
samotny jak wtedy.
Pod koniec tamtych
dwu lat przestałem całkowicie dbać o siebie. Okropnie śmierdziałem, nie
mogłem jeść, ponieważ mój organizm nie przyjmował niczego poza alkoholem,
a i to z trudnością. Kiedy patrzyłem w lustro, dawałem sobie co najwyżej
rok życia. Próbowałem zabić samego siebie za pomocą alkoholu.
Spotkałem innego starego
przyjaciela, Rattiego, który nadal brał heroinę. Wyglądał nieźle, jak
to jest możliwe przy częstym używaniu dobrej jakościowo heroiny. Pomyślałem
wtedy: "Dlaczego nie brać znowu narkotyków?" Tamtej nocy wyjąłem igłę
i wróciłem do mojej pierwszej miłości, "speedu".
Było to niczym skok
w przeszłość, tyle że w innym miejscu, bo w Amsterdamie. Znowu wyglądałem
jak istota nie z tego świata, dziwacznie ubrany, pół mężczyzna, pół kobieta.
Mój dom był miejscem
spotkań wszystkich ćpunów w sąsiedztwie. Ponieważ jestem artystą malarzem,
swój czas dzieliłem na malowanie i handel narkotykami. Zacząłem eksperymentować
z LSD i heroiną. LSD wywoływał niesamowite halucynacje. Leciałem przez
przestrzeń z prędkością światła. W czasie jednej z moich podróży astralnych
miałem wizję całego wszechświata. Wróciwszy na ziemię, opisywałem moje
doznania, malując na płótnie, drewnie, stali, na wszystkim, na czym się
dało. Stałem się obsesyjnym malarzem, śpiąc dwie krótkie noce na tydzień,
faszerując się wszelkimi dostępnymi prochami i nie zauważając na tych
wszystkich dziwnych ludzi w moim domu, żadnych z wyjątkiem Marii.
Maria była niską,
małą Hiszpanką, pochodziła z Ibizy. W ciuchach we wszystkich kolorach
tęczy wyglądała niczym Cyganka, a cały swój dobytek nosiła ze sobą w kilku
torbach. Ogłaszała donośnie, że przychodzi z misją od Boga. Każdy musiał
jej słuchać, ponieważ posiadała ponoć moc zabijania.
Znałem ją tylko przez
dwa lata z dziesięciu, które przeżyłem w Amsterdamie. Bez przerwy mnie
ostrzegała, że Jezus nadchodzi z powrotem i że muszę być gotowy na wyjazd,
cokolwiek to oznacza. Jezus miał wrócić ze swoją armią na białych koniach
i osiąść gdzieś na Oceanie Atlantyckim. Maria chciała, żebym tam pojechał.
Jej rodzice trzymali ogromny diament ukryty pod podłogą. Ja miałem go
ukraść, sprzedać, a potem razem z Marią kupić łódź i wypłynąć na ocean.
Musiałem być tylko czysty, trzeźwy i bez narkotyków.
W owym czasie przeżyłem
wiele spotkań z siłami nadprzyrodzonymi. Przeprowadzałem wszelkie rodzaje
eksperymentów okultystycznych. Miałem dar jasnowidzenia, telekinezy i
robiłem wiele innych rzeczy związanych z duchami. Wielu moich "przyjaciół'
umarło z powodu przedawkowania, morderstw, AIDS. Było to tak, jakby jakaś
zła siła niszczyła ich życie w niesamowitym tempie.
|
|
Postanowiłem zapytać
ją, jak mógłbym odnaleźć królestwo Boże. Maria była prorokinią New Age
i stosowała dziwne sposoby szukania wskazówek dotyczących jej życia. Kiedy
miała skręcić w róg ulicy czy podjąć jakąkolwiek inną decyzję, rzucała
kości. Kości były zrobione z czterech małych znaków złożonych razem. Na
dwóch było napisane: "Jezus Chrystus - Tak", dwie pozostałe mówiły; "Jezus
Chrystus - Nie". Używała tych kości, aby poradzić się jakiegoś ducha w
powietrzu, który, jej zdaniem, był Duchem Świętym.
Wymamrotawszy jakieś
zaklęcie, zapytała czy mam szansę dostać się do Królestwa Boga. Rzuciła
kostkę, dwa znaki mówiły: "Jezus Chrystus - Nie". Rzuciła ponownie i znowu
przeczytała "Jezus Chrystus - Nie". Powtarzała czynność dziesięć razy
i za każdym razem rezultat był ten sam, "Jezus Chrystus-Nie". Spojrzała
na mnie i stwierdziła: "To niemożliwe, żebyś się dostał do królestwa Bożego.
Może w przyszłym życiu."
Wyobraź sobie mnie
siedzącego tam, bladego, chudego, oszołomionego i pozbawionego wszelkiej
nadziei. Ale w tym samym czasie poczułem, jak powraca do mnie siła. Czułem,
jakby Maria okradła mnie z czegoś cennego i byłem zdecydowany odnaleźć
królestwo Boże. Pozostawiony sam, zacząłem modlić się do Boga.
"Jeśli jesteś Boże,
proszę usłysz mnie i pomóż mi."
Następnego dnia przyszedł
jakiś chłopak, aby kupić trochę "speedu". Jedyną rzeczą, którą mógł dać
mi w zamian, była Biblia. "Świetnie" - pomyślałem - "właśnie tego mi trzeba."
Dałem mu narkotyki, nawet trochę więcej, w końcu zasłużył sobie. Powiedziałem
"niech cię Bóg błogosławi" i zacząłem czytać Apokalipsę Świętego Jana.
Później czytałem ewangelie.
Wtedy już na poważnie
szukałem Boga. Jak napisano w Apokalipsie (3:20):
Oto stoję u drzwi
i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego
i będę z nim wieczerzał, a on ze mną.
Otworzyłem drzwi.
Kiedy przeczytałem nauki Jezusa, te słowa zaczęły mi wirować wokół głowy,
oślepiając mnie swoim blaskiem. Miałem innego przyjaciela, który był kompletnie
zwariowanym gościem. Nazywał się Wolf. Był to duży, biednie wyglądający
człowiek, ubrany w długi czarny płaszcz i wojskowe buty. "Speed" zniszczył
mu zęby, dlatego miał taki fajny, czarny, złośliwy uśmiech. Wolf prowadził
program radiowy "Radio Śmierć". W programie tym bez przerwy nadawano odgłosy
śmierci i przerażenia. Wolf puszczał fragmenty z horrorów, na przykład
z "Koszmaru z ulicy Wiązów" i innych. Można było usłyszeć wrzaski, odgłos
toporów wbijanych w ciało, dźwięk krwi bryzgającej na ścianę i wiele plugawych
dowcipów o Bogu.
Pewnego dnia Wolf
przyszedł do mnie i powiedział: "Zdarzyło się coś naprawdę dziwnego i
tylko ty w to uwierzysz. Zeszłej nocy po programie radiowym pojawił się
ogromny anioł, po prostu przeszedł przez ścianę i stanął przede mną. Rozmawialiśmy
o moim sarkastycznym nastawieniu i tych głupich kawałach. Nagle, jakby
odmienił mi się sposób rozumowania. Zamiast obsesyjnej fascynacji śmiercią,
w mojej duszy pojawiło się pragnienie życia. Czy to nie szaleństwo?"
Tak, to było szalone,
więc opowiedziałem mu o moich przygodach z Biblią i o rzeczach, które
tam wyczytałem. Postanowiliśmy w przyszłości razem studiować Pismo Święte.
To nie był koniec, ale początek.
Jednak mój dom nadal
był zwariowany, nic nie zmieniło się na lepsze, wręcz na gorsze. Umierało
coraz więcej ludzi i zaczęła mnie otaczać ciemność. Znalazłem się w otchłani.
Kiedyś wyszedłem z
domu, aby pospacerować gdzieś poza miastem razem ze swoimi dwoma psami.
Wtedy załamałem się psychicznie. Krzyknąłem do Boga, aby ocalił mi życie
i uratował od piekła. Byłem już na skraju wytrzymałości. Leżałem z twarzą
do ziemi, kiedy Bóg przyszedł mi z pomocą.
Następnego dnia, Espen,
mój dobry kolega i malarz przyszedł mnie poprosić, żebym urządził wystawę
swojej sztuki dotyczącej kosmicznej świadomości. Wystawa miała się odbyć
w budynku za miastem, gdzieś w lasach wokół Amsterdamu. Tego dnia opuściłem
Amsterdam, zabierając wszystkie swoje obrazy.
Nikt nie rozumiał,
co właściwie wisi na ścianach. Kiedy oglądający patrzyli na obrazy, zadawali
sobie pytanie, co to jest?
Pod koniec trwającej
trzy tygodnie wystawy zdjęto moje obrazy i na pustych miejscach powieszono
wypełnione torby na śmieci. Domyślam się, że chcieli w ten sposób coś
wyrazić. W każdym razie, nikt nie rozumie prawdziwych artystów.
W jednym z budynków
się piwnica długa na sześćdziesiąt metrów. Zbudowana niczym tunel z dwunastoma
celami pod rząd. Na końcu tunelu urządziłem sobie nowe mieszkanie. Zrobiłem
łóżko wysoko nad ziemią, żeby szczury nie mogły mnie zjeść i tam się kładłem.
Byłem fizycznie wykończony. Byłem wrakiem. Przez trzy miesiące leżałem
na materacu i od tamtego czasu nie tknąłem żadnego twardego narkotyku.
Jezus był tam przy mnie, pomagając mi. Oczekiwałem go każdego dnia. Musiałem
być gotowy na porwanie.
Wolf odwiedzał mnie
w każdą niedzielę. Wspólnie studiowaliśmy Biblię, a także rozmawialiśmy
o tym, czego nauczyliśmy się w tym tygodniu. Oczywiście, byliśmy trochę
niezrównoważeni. Zapuściliśmy brody; sądziliśmy, że to takie biblijne
nie podcinać końców brody. Zacząłem nosić długie suknie niczym ksiądz,
zamiast poprzedniego kosmicznego ubioru na Ziggi Stardusta. Na wypadek,
gdyby Jezus wrócił, aby zabrać mnie ze sobą, wielkimi literami napisałem
na ścianach, że odszedłem z Panem, tak żeby hippisi mieszkający w innych
budynkach, wiedzieli, że to prawda, kiedy zniknę. Ale, kto wtedy zaopiekowałby
się moimi psami?
Żyłem w tej jaskini
cztery lata. Jezus objawiał mi siebie i pomagał mi w czasie moich wewnętrznych
walk. Napełnił mnie swoim Duchem. Biblia była dla mnie jak lekarstwo,
jak mleko dla niemowlęcia. Doświadczyłem przemieniającej potęgi Bożego
słowa i zacząłem pojmować, że Bóg jest wobec mnie jak Ojciec i że więź
z Jezusem jest czymś prawdziwym. Przez jakiś czas chodziłem do kościoła
baptystów, aż wreszcie kiedyś poszedłem na łódź "Steiger" przy przystani
za Dworcem Centralnym w Amsterdamie. Tam spotkałem Davida Pierce'a i NO
LONGER MUSIC. Było to w 1993 roku. Od tego czasu podróżowałem razem z
grupą jako gość od efektów specjalnych i aktor.
W moim sercu rosło
pragnienie, aby dotrzeć do ludzi uciemiężonych, biedaków, pozbawionych
środków do życia, narkomanów, uliczników, prostytutek i tym podobnych.
Szczególnie chwycili mnie za serce ludzie, których widziałem w Indiach.
Bóg dał natchnął mnie,
abym założył w Delhi dom pomocy dla nędzarzy i narkomanów, gdzie dbano
by o ich zdrowie oraz fizyczne i duchowe potrzeby.
W marcu 1997 dom został
otwarty. Przebywają tu nędzarze, których znaleźliśmy na ulicach Delhi.
Leczymy ich, karmimy i odziewamy, pomagamy tym, którzy są w stanie, zdobyć
kwalifikacje do pracy. A co najważniejsze, objawiamy im prawdę o Jezusie.
Razem z pewnym pastorem staramy się, aby dom "Steiger" w Delhi był także
ich duchowym domem. Staramy się ulżyć tym, którzy pozostają na ulicach
miasta.
Tak szybko, jak pozwoli
na to Bóg, chcemy objąć swoją działalnością kobiety i dzieci, założyć
szkołę zawodową, warsztat pracy chałupniczej, sierociniec, dom starców
i szkołę dla chrześcijan.
"Czyż nie jest
raczej ten post, który wybieram:
rozerwać kajdany zła,
rozwiązać więzy niewoli,
wypuścić wolno uciśnionych
i wszelkie jarzmo połamać;
dzielić swój chleb z głodnym,
wprowadzić w dom biednych tułaczy,
nagiego, którego ujrzysz, przyodziać
i nie
odwrócić się od współziomków.
Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza
i szybko rozkwitnie twe zdrowie.
Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie,
chwała Pańska iść będzie za tobą.
Wtedy zawołasz, a Pan odpowie,
wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: "Oto jestem!"
Jeśli u siebie usuniesz jarzmo,
przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie,
jeśli podasz twój zgłodniałemu
i nakarmisz duszę przygnębioną,
wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach,
a twoja ciemność stanie się południem.
Pan cię zawsze prowadzić będzie,
nasyci duszę twoją na pustkowiach.
Odmłodzi twoje kości,
tak że będziesz jak zroszony ogród
i jak źródło wody, co się nie wyczerpie.
Twoi ludzie zabudują prastare zwaliska,
wzniesiesz budowle z odwiecznych fundamentów.
I będą cię nazywać naprawcą wyłomów,
odnowicielem rumowisk - na zamieszkanie."
KSIĘGA
IZAJASZA, 58: 6-12.
|